20:06

Wyjdź ze strefy komfortu

Wyjdź ze strefy komfortu

Hej!
W środę wyszłam ze swojej strefy komfortu i sama wybrałam się do Warszawy. Niby nic wielkiego, ale jednak zawsze wybierałam się w trasy dłuższe niż 50km w towarzystwie przynajmniej jednej osoby. Tym razem byłam zdana sama na siebie i ode mnie zależało, czy wszystko pójdzie gładko, czy raczej zbłądzę w wielkim mieście. Na szczęście obyło się bez dramatów ;)


Doświadczenie to nauczyło mnie, że wychodzenie z tej strefy komfortu jest potrzebne, bo dzięki temu możemy zrobić wielki krok do przodu zamiast stać ciągle w miejscu. Możemy też sobie udowodnić, że tak naprawdę wszystko zależy od nas samych, a ograniczenia istnieją tylko w naszej głowie.



Powiem Wam, że nabrałam chęci na kolejne wyzwania, bo ich realizacja (nawet jeśli trudna) daje +10 do pewności siebie :)


A dzisiejszy strój to zestawienie totalnie na luzie. Postawiłam na spódniczkę maxi - przepadam za tą długością, a do niej zestawiłam bluzeczkę w ulubiony wzorek, czyli paski. Stwierdziłam, że fajnie przy tym zestawieniu sprawdzi się także koszula. Według metki jest przeznaczona dla osób w wieku 11-12 lat. To jeden z moich ostatnich second handowych łupów. Możecie ją zobaczyć w tym filmie. Kosztowała mnie, tak samo jak spódnica, całą złotówkę! :D Do tego dobrałam torebkę w stonowanym kolorze. Kupiłam ją sobie na święta w Sinsayu.


spódnica - second hand
bluzka - Reserved
koszula - second hand
buty - Nike
torebka - Sinsay


Pozdrawiam serdecznie!

11:40

Spóźnione denko z lutego

Spóźnione denko z lutego

Hej Kochani
Nie wiem, jak to się stało, ale zapomniałam dodać denko z lutego. Zużyłam wtedy kilka całkiem fajnych kosmetyków, dlatego też stwierdziłam, że mimo wszystko opublikuję ten wpis :)


Żel Palmolive to mój hit ze względu na fajną, gęstą konsystencję oraz piękny, miętowy zapach. Przepadłam na jego punkcie, bo pachnie zupełnie jak świeża mięta zebrana w ogródku. Poza tym jako żel sprawdzał się rewelacyjnie, dobrze mył, był wydajny, nie wysuszał i nie uczulał. Polecam!

Pianka z Dove była taka średnio fajna. Zawiodłam się na jej konsystencji, była rzadka, a spodziewałam się konkretnej piany. Pachniała jak każdy kosmetyk Dove, czyli delikatnie i przyjemnie. Mam też pewne zastrzeżenia, co do jej wydajności. Przypadło mi natomiast do gustu rozwiązanie z pompką.


Zużyłam również coś z kolorówki. Po pierwsze eyeliner marki Rimmel. Niestety rozczarował mnie, bo nie rysował czarnych kresek, tylko raczej takie wyblakłe. Poza tym nie grzeszył także jakością. Na szczęście nie zapłaciłam za niego dużo, dzięki czemu bez problemu pogodziłam się z tym, że jest kiepski.
Tusz z Wibo jest jednym z moich ulubionych, ładnie podkreśla rzęsy, maluje je na czarno, łapie nawet krótkie rzęski i pięknie je wyczesuje. Uwielbiam ten tusz i często do niego wracam.
Różu z Rimmela nawet nie zużyłam, po prostu jak dla mnie był kiepski, że nie czułam potrzeby, aby po niego sięgać.


W lutym zużyłam też ukochany olej z nasion konopi, który super nawilżył moją skórę. Dawno żaden kosmetyk tak dobrze na nią nie wpłynął. Skóra była nawilżona, zregenerowana i nie piekła nawet pomimo większych mrozów. Poza tym olejek ten miał także za zadanie zatrzymać wodę. Jest to dla mnie perełka za niewielkie pieniądze.
Płyn micelarny z Alterry nie wywołał u mnie ochów i achów, ale ogólnie uważam, że jest to całkiem przyzwoity kosmetyk o delikatnym działaniu i całkiem fajnym zapachu. Kończyłam przy jego pomocy demakijaż, dzięki czemu skóra dostawała pierwszą dawkę nawilżenia.


Mam i kilka maseczek:
Złota maseczka z Perfecty szału nie wywołała. Po zastygnięciu robiła się fajnie złota, ale poza tym nie zauważyłam żadnego działania, czy to nawilżającego, czy rozświetlającego.
Maseczka z Balea fajnie mnie zaskoczyła. Nawilżyła moją cerę i sprawiła, że stała się taka mięciutka. Spodobał mi się ten efekt, jaki daje.
Maseczka Marion to taki średniak o minimalnym działaniu. Fajna dla osób, które nie mają większych potrzeb albo dla takich, które chcą odrobinkę odżywić twarz. U osób o większych oczekiwaniach już pewnie się nie sprawdzi.
Na koniec maseczka Lirene, której wystawiłabym 3+/4-. Dawała takie delikatne nawilżenie, koiła wysuszoną skórę. Myślę, że do niej wrócę.
 

Maść ichtiolowa to podstawa w mojej apteczce, bo pozwala mi walczyć z "wrogami". Przyspiesza proces gojenia się wyprysków, zmniejsza opuchliznę i zauważyłam też, że ma pozytywny wpływ na blizny.
Próbeczka kremu z Yves Rocher skusiła mnie na zakup pełnowymiarowego produktu. Krem ładnie nawilżył i pięknie pachniał. Sprawdził się też z makijażem.
Krem z Ziaji ma piękny zapach. Mogłyby powstać takie perfumy, bo na serio zakochałam się w tym zapachu. Poza tym fajnie działał, nawilżająco, szybko się wchłonął i również nadawał się do użycia przed makijażem.
Na koniec bubel czyli krem z Flos Lek. Niestety mnie rozczarował.


Na koniec spray koloryzujący do włosów, na którego słowo "bubel" to zbyt mało. Pokolorowałam nim praktycznie całą łazienkę, oprócz włosów. Poza tym starczył na jedno użycie i zmienił moje końcówki na siano. Porażka po prostu.
Puder do zębow Eucryl to natomiast fajny produkt. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że na serio wybielił zęby i dawał takie niesamowite uczucie świeżości w buzi. Potem niestety zauważyłam, że wywołał lekką nadwrażliwość zębów, więc nie mogłam go już używać regularnie.
Olejek z Aroma House umilał mi wieczorny relaks. Pięknie pachniał, ale nie mogę skonkretyzować czym. Chętnie do niego wrócę.

I to wszystko :) 
Jeśli chcecie, to zapraszam Was także na film, gdzie przedstawiam te produkty KLIK

Pozdrawiam serdecznie! 

21:34

Coś sobie kupię

Coś sobie kupię

Hej!
W przeciągu ostatnich dni cały czas towarzyszy mi myśl "coś sobie kupię", ale kiedy mam skonkretyzować, czym owe "coś" jest, to nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Dotarłam do takiego momentu, że niczego więcej nie potrzebuję. Mam sporo książek do przeczytania, kosmetyków do zużycia, ubrań do założenia. Wydaje mi się, że mam wszystko, a jednak "coś" chodzi mi po głowie. Sądzę, że wszystkiemu winna jest rzeczywistość, w której żyjemy. To ona cały czas podrzuca nam nowe trendy, nowe wynalazki, nowe wersje tych samych produktów i wmawia, że tak bardzo tego potrzebujemy. Kiedyś dawałam się wciągnąć w tą grę, a teraz podchodzę do niej z dystansem.


Elementy dzisiejszego zestawienia już wielokrotnie gościły na blogu, ale mimo wszystko nadal pozwalają się miksować na masę sposobów. Za tym golfem wręcz przepadam. Przez swój kolor, fason, brak skomplikowania ciągle pozwala się stylizować na nowy sposób. Spódniczkę długo uważałam za problematyczną, bo jednak musztarda, zamsz, guziki, to nie są cechy ubrania uniwersalnego, a jednak mimo wszystko zawsze przyjdzie mi do głowy sposób na jej ogranie, który potem z przyjemnością powtarzam. Wykończenie stanowi kurtka. Boję się do tego przyznać, ale to chyba jej ostatni rok, bo widać już, że zdążyła się wysłużyć.



spódniczka - New Yorker
bluzka - New Yorker
kurtka - @
buty - CCC
torebka - Pepco 
 

Pozdrawiam serdecznie!

20:28

Spodnie w kratkę

Spodnie w kratkę

Hej!
Nie wiem, jak na Was, ale na mnie pierwsze ciepłe dni podziałały bardzo inspirująco. Zrobiłam porządki w szafie i przy okazji w głowie. Pierwszym pytaniem, które musiałam sobie zadać, było to, czy faktycznie robię to, co chcę robić. W lutym cały czas towarzyszyło mi uczucie wypalenia i zmęczenia, które na szczęście odeszło w zapomnienie. Pojawił się problem z Internetem. Poświęcam mu masę czasu i widzę, że czasem bez większego sensu. Postawiłam sobie za cel, że pora go ograniczyć i... zajęłam się książkami.


Do dzisiejszego zestawienia zainspirowały mnie spodnie. Niestety nie widać tego za bardzo na zdjęciach, ale są w kratkę. Stwierdziłam, że koniecznie muszę je pokazać światu, bo mnie niesamowicie przypadły do gustu, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że reakcje mogą być różne. Dobrałam do nich białą bluzeczkę i granatową kamizelkę. Dopełnienie stylizacji stanowią jedne z moich ulubionych bucików na niewysokim obcasie oraz torebka, bez której ostatnio się nie rozstaję. Mieści wszystkie potrzebne mi bibeloty.




 kamizelka - Reserved
bluzka - Reserved
spodnie - second hand
torebka - Sinsay
buty - no name


Pozdrawiam serdecznie!

22:24

Spore denko, Isana, Dermedic, Cien

Spore denko, Isana, Dermedic, Cien

Hej Kochani!
Zapraszam Was na kolejny projekt denko, który znowu publikuję ze sporym opóźnieniem. Jeśli macie chęć go posłuchać, to zapraszam Was na mój kanał KLIK, a osoby, które wolą słowo pisanie, zapraszam oczywiście dalej, gdzie poznacie opróżnione przeze mnie kosmetyki.


Zaczynam od dwóch produktów, których nie zużyłam do końca, ale mimo wszystko musiałam się ich pozbyć. Podkład z Hean był całkiem fajny. Lubiłam się z nim, bo dawał przyjemne krycie, ładnie wyglądał na buzi, a poza tym dopasowywał się do koloru skóry. Początkowo bałam się, że będzie pomarańczowy, ale po rozsmarowaniu dopasował się do cery.
Podkład z Miss Sporty z kolei to bubel totalny. Nie mogłam go w ogóle rozprowadzić na twarzy, bo się rolował. Musiałam go wiec wyrzucić.
 

Oczywiście zużyłam kilka maseczek. Po pierwsze poziomkową. Powiem Wam, że fajnie się u mnie sprawdziła i z pewnością jeszcze kiedyś po nią sięgnę. Czarna maska z Bielendy pojawia się u mnie regularnie i chętnie do niej wracam. Przyjemnie oczyszcza moją buźkę, ale niestety zostawia po sobie masę bałaganu. Mimo wszytko warto potem posrzątać, bo maska wyraźnie działa. O maseczce Cien też już wspominałam, dlatego przedstawię ją w wielkim skrócie - fajny produkt za niską cenę, którym moim zdaniem warto się zainteresować.  To samo mogłabym powtórzyć przy okazji maseczki RdL.
Próbeczka z Mixy to zaś dno.


Zużyłam też (niestety) krem Dermedic, któremu poświęciłam jakis czas temu oddzielny wpis. To była moja prawdziwa perełka, która rewelacyjnie nawilżyła moją suchą skórę, przyniosła jej ulgę i zdecydowanie poprawiła kondycję mojej skóry.
Drugi produkt to krem punktowy marki Ava Laboratorium. Całkiem przyjemny kosmetyk za niewielką cenę. Przyspieszał on proces znikania krostek. Mam wrażenie, że krem ten pomagał mi walczyć z przebarwieniami.


Dwa produkty codziennego użytku, czyli mydełko antybakteryjne do rąk i dwie pasty do zębów. Nie mam im nic do zarzucenia ;)


Dezodorant marki Dove o zapachu gruszki. Fajny kosmetyk, który gwarantował mi poczucie komfortu przez cały dzień. Poza tym bardzo przyjemnie pachnie, delikatnie, nienachalnie, ale jednak ładnie. Muszę przyznać, że był także wydajny.
Dalej mamy żel pod prysznic marki Balea o cudownym, arbuzowym zapachu. Pachniał obłędnie i przypominał mi od razu o lecie i o arbuzie zajadanym na działce. Sam żel spisywał się dobrze, ale niestety był bardzo rzadki, a przez to mało wydajny.


Kolejny produkt, którego nie zużyłam do końca, ale którego musiałam się pozbyć i są to czekoladowe plastry do depilacji ciała. Nie spisały się wcale. Zostawiały tylko po sobie lepką warstwę wosku, której cieżko było się pozbyć. Niestety musiały polecieć do kosza.


Dwa produkty zapachowe, czyli po pierwsze olejek o zapachu maliny. Bardzo przyjemny, całkiem wydajny. Sam zapach był intensywny, ale nie męczący. Produkt ten można kupić w Kauflandzie za 3 czy 4zł.
Poza tym zużyłam także perfumy inspirowane zapachem Black Orchid. Zakochałam się w tym zapachu. Idealnie sprawdzał się na dzień, jak i na wieczór. Poza tym same perfumetki są trwałe. Używając ich o godzinie 11, wieczorem nadal czułam na ubraniach przyjemny zapach. Poza tym z czasem przeszły nim wszystkie moje ubrania <3


Na koniec dwa fajne produkty, do których z pewnością będę wracać, czyli mleczko do demakijażu marki Cien. Świetnie domywał makijaż, był bez bezpieczny dla oczu. Nie podrażnił ich, nie wywoływał też pieczenia czy łzawienia. Poza tym starczył mi na bardzo długo.
Szampon z kolei świetnie domywał włosy z codziennych zanieczyszczeń, jak kurz czy pot, ale także z masek czy olejków. Włosy po nim nie były obciążone i oklapnięte, a właśnie lekko odbite od nasady. Poza tym ładnie się świeciły. Co ważne, produkt nie plątał włosów. Mogłam na spokojnie używać go solo i potem bez problemu mogłam rozczesać pasma.

To byłoby wszystko :) 
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na kolejne wpisy.

10:00

Zaczynam od nowa

Zaczynam od nowa

Hej!
Ostatnio siostra wytknęła mi, że zaniedbałam bloga i skupiłam się na kanale. I faktycznie, tak się dzieje. Blog zszedł na dalszy plan, a ja wymyślam coraz to nowe filmy i poświęcam im większość mojego wolnego czasu. Puszek oczywiście stwierdziła, że szkoda, bo przecież blog towarzyszy mi tyle lat. Był ze mną w dobrych i złych chwilach, a ja go teraz porzucam na rzecz nowego przyjaciela. Nieładnie, można by powiedzieć.


Spróbowałyśmy więc zrobić zdjęcia. Nie wyszły one idealnie, ale mimo wszystko stwierdziłam, że je Wam pokażę i spróbuję wejść w tryb pisania od nowa. Darujcie mi więc pewne usterki, ale czuję się, jakby znowu była na starcie.


Do dzisiejszej stylizacji natchnęła mnie pogoda. Wyszło słonko, zrobiło się całkiem ciepło (w stosunku do poprzednich dni), więc stwierdziłam, że zrezygnuję z płaszcza, który towarzyszył mi przez całą zimę i postawię na ramoneskę. Oczywście sama nie dawałaby mi odpowiedniej dawki ciepła, dlatego zarzuciłam na nią futrzaka. Pod spód założyłam koszulę w kratę. Mam ją od podstawówki. Możecie w to uwierzyć? Do tego dobrałam czarną spódnicę i dodatki w tym samym kolorze.


kurtka - @
futrzak - no name
koszula - no name
spódniczka - New Yorker
buty - second hand
torebka - second hand 


Pozdrawiam serdecznie!

14:53

Mój hit czyli nawilżający krem Dermedic

Mój hit czyli nawilżający krem Dermedic

Hej Kochani!
W końcu nadszedł ten dzień, kiedy mogę Wam przedstawić moją absolutną perełkę do twarzy, jaką jest krem Dermedic z serii Hydrain3. Z kremem tym zapoznałam się już jakiś czas temu, ale musiałam najpierw poddać go konkretnym testom, żeby móc zaprezentować go szerszej publiczności. Za sobą mam kilka tygodni używania go w różnych warunkach pogodowych i mogę teraz stwierdzić, że jest to jeden z najlepszych kremów jakie używałam.


Zacznę może od tego, że moja cera z natury jest sucha i całym rokiem wymaga sporej dawki nawilżenia. Ciężko mi było znaleźć produkt, który z jednej strony konkretnie ją nawilży, zregeneruje, a z drugiej nada się pod makijaż. Do tego jak do całej reszty podeszłam z rezerwą. Nie oczekiwałam cudów, bo wiem, że o nie ciężko. Najpierw przypadł mi do gustu zapach produktu. Bardzo delikatny, ale przyjemny. Potem jego konsystencja, przypomina mi ona budyń. Już mając go na palcu czułam, że jest to produkt lekki i wypełniony wodą. Nakłada się go na twarz bez problemu, to samo tyczy się rozsmarowania. Krem nie wywołał u mnie żadnego pieczenia, podrażnień, nie wystąpił także wysyp nieprzyjaciół, co jest typowe przy nowych produktach.


Przez pierwsze trzy dni używałam go tylko na noc, ale potem stwierdziłam, że sprawdzę, czy nada się pod makijaż. Jak najbardziej! Podkład się nie rolował, nie przyklejał się brzydko do kremu, nie miałam problemów z jego rozprowadzeniem. Nie miałam też uczucia ciężkości, które także się czasem pojawiało, kiedy nosiłam makijaż na kremie mocno nawilżającym. Tutaj tego nie ma. Kremik jest ultraleciutki i szybko się wchłania zapewniając nam uczucie komfortu przez cały dzień.


Kremik kosztuje około 38zł i znajdziecie go m. in w Hebe albo na stronie producenta Dermedic. Mnie krem starczył na ponad miesiąc, a używałam go dwa razy dziennie dzieląc się nim czasem z Marcinem. Jak dla mnie wynik jest świetny. Absolutnie go Wam polecam.



Pozdrawiam serdecznie!
Copyright © 2016 różowa szminka , Blogger