18:04

Bo biegasz i dajesz za mało

Bo biegasz i dajesz za mało

Cześć!
Ostatnio zauważyłam trochę przykrą rzecz, a mianowicie to, że ludzie lubią krytykować dobre zachowanie. Dam Wam kilka przykładów. Parę lat temu mówiłam, że biegam. Myślałam, że to dobrze, bo robię coś dla siebie, dla własnego samopoczucia, ale... usłyszałam, że skoro biegam z przerwami, to jest to bez sensu i lepiej sobie darować. Potem też na profilu jednej dziewczyny przeczytałam, że skoro biega mało (chyba 2-3km), to również będzie lepiej, jeśli spędzi ten czas przed telewizorem, bo takie bieganie nic nie znaczy. Ostatnio przeczytałam również komentarz, że skoro chcemy wpłacić na cele charytatywne drobne kwoty, to lepiej już kupić za te pieniądze lody. Serio? Zawsze myślałam, że każdy grosz się liczy. Pominę już tutaj krytykę wybranego przeze mnie celu. Moim zdaniem był okey. Zdaniem drugiej osoby już niekoniecznie.


Poza tym spotkałam się z krytyką czytania książek - bo za mało ambitna literatura. Z ograniczeniem jedzenia mięsa - bo lepiej od razu odrzucić je na 100%, a jeszcze lepiej przejść z miejsca na weganizm. Fala hejtu spada też na ludzi, którzy np. ograniczają używanie plastiku, bo nie odrzucili go całkowicie, a jedynie ograniczyli. Serio, im człowiek chce lepiej, tym bardziej wszechświat pokazuje mu, że to bez sensu. Ale czemu? Czemu ludzie nie skupiają się na tym, że ktoś robi mały krok do przodu? Przecież za jakiś czas może przebiec maraton, regularnie przesyłać spore kwoty na fundacje, czytać rosyjskich klasyków. Musimy po prostu powiedzieć, że to, co robi, jest fajne, że kibicujemy, że wspieramy.





koszula - Cropp
szorty - second hand
buty - @
torebka - Sinsay


Pozdrawiam serdecznie! 

19:50

Czy na pewno znasz drugą osobę?

Czy na pewno znasz drugą osobę?

Cześć!
Jak często zdarza się Wam oceniać drugiego człowieka i przyklejać im łatkę po jednej rozmowie? Mnie kiedyś zdarzało się to często, ale... któregoś razu zrobiło mi się przez to totalnie głupio. Oceniłam pochopnie dziewczynę, bo myślałam, że wiem o niej dużo. A wiedziałam na dobrą sprawę gdzie mniej więcej mieszka, jakich ma znajomych i oczywiście, jak się nazywa. Tylko tyle, a jednak wtedy w moim mniemaniu ją znałam. Wydawało mi się, że jest głośna, że lubi robić wokół siebie szum, a po jakimś czasie wyszło, że stara się ukryć fakt, że często bywa smutna. I wiecie co? Bardzo tą lekcję zapamiętałam. Nie powinniśmy oceniać drugiej osoby, bo nigdy nie wiemy o niej wszystkiego. Wiem, że łatwo jest przykleić komuś łatkę, skrytykować, ale musimy pamiętać, że za tą drugą osobą kryje się historia, doświadczenia, inni ludzie, dobre i złe nawyki, obawy, nadzieje, marzenia, strach i tym podobne.Tutaj nie ma konkretnego podziału na czarne i białe.


Nie mogę powiedzieć, że sama już nigdy więcej nikogo nie oceniłam, bo bym skłamała, ale staram się jednak z tym hamować i powtarzać sobie, że nie wiem, jakie czynniki, dobre, czy złe, ukształtowały tą drugą stronę, czemu zachowuje się tak a nie inaczej. Może jest skryta, bo komuś kiedyś za bardzo zaufała, może mówi dużo, bo tak naprawdę brak jej pewności siebie. Przykładów można wymieniać masę, ale tu nie o to chodzi. Chcę tylko uświadomić Was, że czasem zbyt szybkie i często bezpodstawne wyciągnięcie wniosków bywa krzywdzące. Może zamiast wystawiania oceny, lepiej zapytać, czemu ktoś postępuje tak, a nie inaczej. Może potrzebuje pomocy?





Pozdrawiam serdecznie!

21:28

Czarna maksi w innej roli

Czarna maksi w innej roli

Cześć!
Kiedyś pisałam Wam o mojej wielkiej wadzie, jaką jest denerwowanie się. Przez długi czas bardzo mi to ciążyło, bo... powodowało masę kłótni. Na szczęście jakiś czas temu dostałam dobrą radę, która faktycznie u mnie skutkuje. Jaką? Jeśli coś mnie zdenerwuje, to zapisuję sobie, co to było i w jakim stopniu. Potem tą procentową wartość nerwów wykorzystuję na coś pożytecznego, jak ćwiczenia, odkurzanie, zmywanie. Czasem bywa, że nie zejdę do zera, więc wtedy dokładam sobie zajęć. Sposób prosty, ale widzę, że zawdzięczam mu dwa pozytywy - po pierwsze lepszy humor, bo nie tracę kontroli nad sobą. Po drugie widzę, że zrobienie formy jest coraz bardziej możliwe :)


Pochwalę się Wam, że podsumowując sobie w nocy niedzielę, doszłam do wniosku, że był to dobry dzień, jeden z lepszych w ostatnim czasie. Od kilku tygodni raczej nie mogę nazwać siebie szczęśliwym człowiekiem, ale staram się iść do przodu. Posłuchałam rady "zajmij się sobą" i... zarejestrowałam się na studia :) Po kilku dniach bicia się z myślami "stacjonarne czy zaoczne" wybrałam w końcu to drugie. Doszłam do wniosku, że mimo iż stracę na tym trochę pieniędzy, to zyskam czas i... pewnie pieniądze. Poza tym dostałam zaproszenie na warsztaty o podróżowaniu :) Liczę, że dobrych wiadomości będzie docierać do mnie więcej.


Dzisiejszy strój sprawdził się na medal. Na sukienkę maksi, którą jak pewnie się domyślacie, znalazłam w second handzie, założyłam brązową bluzeczkę i stwierdziłam, że ją zwiążę. Podoba mi się bardzo jej kolor i mam wrażenie, że do mnie pasuje. Po raz pierwszy w tym roku założyłam także na głowę kapelusz. Ten mój jest już konkretnie styrany, ale ciągle dobrze mi służy. On zainspirował mnie do dobrania torebki z tego samego tworzywa. Na nogi założyłam nowe buciki. Obawiałam się, że będą niewygodne na dłuższą metę, bo od całkowicie płaskich butów zaczynają mnie boleć stopy, ale póki co sprawują się przyzwoicie. Nie mogło też oczywiście zabraknąć okularów przeciwsłonecznych.







sukienka - second hand
bluzka - Bershka 
kapelusz - no name
torebka - Natura
buty - CCC
 

Pozdrawiam serdecznie!

17:27

Prywatność w sieci?

Prywatność w sieci?

Cześć!
Do tego wpisu zbierałam się w sumie od dawien dawna, ale cały czas coś mnie powstrzymywało. Chciałabym dzisiaj pogadać z Wami o... prywatności. Już kilkakrotnie spotkałam się z opinią, że obecnie ludzie nie potrafią dbać o swoją prywatność, że pokazują wszystko, co się tylko da i jeszcze czerpią z tego przyjemność. Sama nie jestem zwolenniczką pokazywania wszystkiego, bo... może to być niebezpieczne. Chociażby pokazywanie domu, drogich sprzętów. Nigdy nie wiemy, czy nie skusimy tym potencjalnych złodziei. Nie jestem zwolenniczką pokazywania dzieci, zwłaszcza takich małych. Nie uważam jednak, aby prezentacja w internecie kosmetyku czy ubrania była czymś złym. Czemu? Powiem Wam szczerze, że ja w blogerkach widzę pewnego rodzaju koleżanki, które relacjonują mi, jak sprawdziła się u nich szminka, czy nie rozczarowała ich książka, co sądzą o filmie. Myślę, że nie jedna z nas porusza tego typu tematy podczas babskich spotkań. To normalne. Tak samo postrzegam właśnie opisywanie różnego typu produktów na blogach. Te wpisy są po prostu pomocne.


Okey, a co z wpisami o przekonaniach, o doświadczeniach, o wzlotach i upadkach? Czy to przypadkiem nie jest obnażanie siebie w internecie. Długo myślałam, że tak. Długo też sądziłam, że co nasze doświadczenia innych interesują. Zmieniłam jednak zdanie, kiedy zaczęłam takie "roznegliżowane" blogi czytać. Zauważyłam wtedy, że one także są pomocne, bo można się na cudzym doświadczeniu wiele nauczyć. Można pokazać innym, jakich błędów nie robić, a z czym lepiej zaryzykować. Dla niektórych wpisy tego typu bywają także oczyszczające, bo czytają o swoich problemach, ale z perspektywy innej osoby. Mnie bardzo pomaga blog Ania Maluje.


Piszę o tym wszystkim, bo chciałabym przemycić na bloga więcej prywaty. Myślę, że śmiało mogę, bo po pierwsze chcę pomóc, a po drugie zawsze marzyłam, aby blog był dla mnie takim wyjściem na kawę z przyjaciółką. Lubię to, że moja strona jest raczej lokalna niż globalna, bo dzięki temu panuje tutaj fajna atmosfera :)


Nie zapomniałam o stroju :) Ostatnio dostałam masę komplementów za to, że stawiam na sukienki, więc zakładam je jeszcze chętniej. Dzisiaj pokazuję się Wam w second handowym nabytku. Sukienkę znalazłam na wyprzedaży za złotówkę. Od razu skojarzyła mi się z wakacjami właśnie przez paski i kolory. Wypatrzyłam ją któregoś chłodnego miesiąca, więc tym bardziej musiałam ją kupić. Dorzuciłam do niej kamizelkę fruwajkę. Lubię ją nosić, wydaje mi się, że zawsze dodaje stylizacjom smaczku. Buty pokazywałam już wielokrotnie i pamiętam, że Wam się podobały :) Możecie też dzisiaj zobaczyć moje nowe kolczyki tukany.






sukienka - second hand
kamizelka - Reserved
buty - no name
torebka - Pepco
bransoletki - no name
kolczyki - Promod 
 

Pozdrawiam serdecznie!

08:38

Recenzja produktów marki Biolonica

Recenzja produktów marki Biolonica

Hej!
Parę miesięcy temu dotarła do mnie przesyłka prezent/nagroda za poprowadzenie akcji Piękna przed Świętami. Znalazłam w niej trzy produkty nieznanej mi marki Biolonica. Pierwszy odruch był taki, że wygooglowałam sobie markę, ale poza stroną producenta niczego ciekawego nie znalazłam. Marka była nowa i dziewczyny dopiero zaczęły ją poznawać. Sama na początku nie wiedziałam, jak podejść do kosmetyków przez znaczek 30+, ale dostałam spory odzew, że śmiało mogę testować, bo ten znaczek nic nie znaczy :)
Produkty zdążyłam już wydenkować i poukładać sobie w głowie, co w ogóle na ich temat myślę. Po pierwsze marka jest moim zdaniem drogawa, bo produkty do twarzy kosztują około 70zł. Zawierają one w sobie komórki macierzyste jabłoni, ale co to w ogóle dla nas oznacza? Komórki te opóźniają proces starzenia się skóry, poza tym wspierają proces odbudowy skóry.


Dokładniejszą recenzję zacznę od kremu na noc. Zainteresował mnie on głównie dlatego, że nigdy nie miałam kosmetyku typowo przeznaczonego na noc. Już za jego pierwszy plus uznałam opakowanie z pompką - super wygodne i higieniczne rozwiązanie. Krem ma zbitą konsystencję, ale nie jest ciężki. Bez problemu można go rozsmarować po całej twarzy i wklepać. Wchłania się szybko i nie zostawia na buzi filmu. Nie piecze po pierwszym kontakcie z cerą, co jest dla mnie szczególnie ważne. Krem mnie nie zapchał, nie zauważyłam też, żeby po nim mnie wysypało. Wprost przeciwnie. Na dobrze nawilżonej cerze pojawiało się coraz mniej niedoskonałości.


Z kremu pod oczy zaczęłam korzystać najpóźniej i trochę nieregularnie. Nakładałam go często dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Był lekki, ale nie wchłaniał się zbyt dobrze. Często musiałam sporo nad nim pracować. Czasem też po prostu brzydko zastygał na twarzy. Zauważyłam jednak, że przyjemnie koił skórę, zwłaszcza po nieprzespanej w spokoju nocy. Poza tym mam wrażenie, że rozjaśniły mi się sińce pod oczami. Myślę, że dałabym mu na spokojnie 3+.


Krem do twarzy na dzień stosowałam po produkcie marki Dermedic, więc miał ciężko, żeby zrobić na mnie dobre wrażenie. Mimo wszystko udało mu się to zrobić. Po pierwsze produkt jest lekki, ma przyjemną konsystencję, szybko się wchłania. Po drugie nie uczulił mnie, a dodam może, że kiedyś moje ciało nie lubiło się z jabłkowymi produktami. Bałam się więc, że twarz mi napuchnie i powychodzą mi brzydkie place. Tak się nie stało. Poprawił się natomiast stan nawilżenia mojej twarzy, z czym mam zwykle problem. Przestała piec i się przetłuszczać, poznikały przesuszone miejsca w okolicach czoła. Poza tym dobrze nawilżona buzia zaczęła walczyć z nieprzyjaciółmi, a w efekcie wyglądała po prostu lepiej.


Podsumowując, ja z tych kosmetyków jestem bardzo zadowolona. Jedyna rzecz, która mnie zniechęca to... cena. Krem na dzień kosztuje 75zł, krem na noc 89, a krem pod oczy 64. Myślę jednak, że działanie trochę nam tą cenę równoważy.

A czy Wy znacie już te produkty? Co o nich myślicie? 
Pozdrawiam serdecznie!  

*Pozwolę sobie dodać, że wpis nie jest sponsorowany. To moja własna opinia.

09:21

I znowu ta koszula

I znowu ta koszula

Cześć Kochani!
U mnie nastąpiło małe roztrojenie. Nie umiem się zabrać za masę rzeczy, poza tym chodzę często zmęczona i nie wyspana. Dostałam więc zadanie, żeby codziennie wieczorem notować swoje priorytety na kolejny dzień (nie dalej) i po kolei odhaczać to, co udało mi się zrobić. Mając listę łatwiej przychodzi skumulowanie energii na konkretną rzecz. Poza tym załatwianie kolejnych spraw sprawia, że łapie się mobilizację, aby zająć się następnymi. Ważne jest także, aby większą czcionką zaznaczyć w kalendarzu istotne obowiązki z przyszłości. U mnie póki co widnieją dwa: złożyć papiery na studia i praca. Dostałam kopniaka, aby w końcu coś zrobić ze swoim życiem :)


Pochwalę Wam się, że w tym roku wybrałam się na wyprzedaże i nawet coś sobie kupiłam. Postawiłam głównie na biżuterię, bo chyba właśnie tego mi brakuje. Dzisiaj możecie zobaczyć moje 3 nabytki - dwa pierścionki z Promodu i kolczyki z Housa.


Strój jest idealny na co dzień. Postawiłam na czerwoną spódnicę, która zwraca na siebie uwagę. Znalazłam ją w second handzie za złotówkę i bardzo się z nią lubię. Wykonana jest z lnu i kojarzy mi się z ubiegłym stuleciem. Do tego dobrałam dżinsową koszulę z Bonprix. Przez długi czas była jedną z moich ulubionych rzeczy, co dało się chyba zauważyć na blogu. Pisałam o niej Tu, Tu, Tutaj i jeszcze Tu :) Uzupełnienie stanowi torebka z frędzlami (fajnie nam służyła, ale chyba pora się jej pozbyć) i buty na koturnach. Chociaż są wysokie to jednak bardzo wygodne.







koszula - Bonprix
spódnica - second hand
buty - no name
pierścionki - Promod
kolczyki - House 
torebka - no name


Pozdrawiam serdecznie!

20:25

Top w motylki i szorty

Top w motylki i szorty

Cześć!
Przyznam Wam się szczerze, że kiedyś uwielbiałam planować. W którymś momencie mojego życia miałam zaplanowane 10 lat do przodu. Widziałam siebie jako osobę ważną, spełniającą się zawodowo, mającą męża, dzieci, psa, jeszcze więcej psów i fantastyczny dom, w którym wszyscy są dla siebie oparciem. Ostatnie tygodnie uświadomiły mi, że nie ma co planować, bo jedna sekunda może zmienić tak wiele. Nauczyłam się jednak dzięki temu jednego - czasem warto skupić się na TEJ właśnie chwili i wykorzystać ją w 100%.


Kiedyś często się też bałam, ale... kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Uświadomiłam sobie, że nie ma co być życiową melepetą i uciekać przed tym co obce, tylko trzeba wziąć się w garść i działać. Ostatnio zauważyłam, że często powtarzam "do przodu". Jakoś te dwa słowa napędzają mnie do tego, żeby faktycznie iść do przodu. Długo stałam w miejscu, bo ograniczały mnie własne słabości, brak wiary w siebie, ale też złe nawyki, z którymi chcę walczyć.


Dzisiejszy zestaw jest bardzo prosty i wygodny. Ubrałam się tak z myślą o dniu spędzonym na działce. Potrzebowałam czegoś, co nie będzie krępowało mi ruchów, więc postawiłam na luźne elementy. Szorty znalazłam w zeszłym roku w Lidlu. Są świetne, ale niestety straszne z nich gnieciuchy. Do tego dobrałam luźną bluzeczkę w motylki - nabytek z second handu, zgaduję, że kosztowała złotówkę. Do tego dobrałam różowe akcesoria, czyli sandałki na koturnie, imitację Obaga i bransoletkę.




szorty - Lidl
top - second hand
torebka - no name
buty - DeeZee
bransoletka - @ 
 

Na sam koniec pozwolę sobie tylko zaprosić Was na mój kanał na YT KLIK. Będzie mi bardzo miło, jeżeli od czasu do czasu do mnie zajrzycie ;)

Pozdrawiam serdecznie!
Copyright © 2016 różowa szminka , Blogger